Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ale go wczas dosięgnąłem i powaliłem na ziemię. Ciosy mierzone płaską stroną kolby, nie kantem, nie były śmiertelne. To ogłuszało tylko.
Sześciu przeciwników! Zwycięstwo nielada ale nie poprzestałem na tem. Trzeba było zapobiec możliwej, ucieczce którego z napadniętych Zwróciłem się więc ku scenie walki i ku swemu zdziwieniu spostrzegłem, że żołnierze wykonywali ściśle moje polecenia to jest zachowali jak największy porządek i przytomność umysłu. Żaden nie ozwał się ani słowem i to właśnie wprawiło napadniętych w śmiertelne przerażenie. I oni również nie zdolni byli do wydania z siebie głosu. Niektórzy tylko zerwali się z zamiarem ucieczki, ale nie udało się to ani jednemu. Zwróciłem zresztą lufę sześciostrzałowego rewolweru w tę stronę i gdy tylko uważałem, że mógłby się który wymknąć, częstowałem go kulą w nogi.
Pominąwszy tę okoliczność, że przypatrywanie się, jak ludzie padają pod ciosem zwycięzców, nie należy do rzeczy przyjemnych, doznałem iście miłego wrażenia na widok rycerskości i dzielności moich żołnieży. Najbardziej chwalebnie spisał się Ben Nil zdaje mi s ę, że powalił na ziemię ni mniej ni więcej tylko sześciu przeciwników. Od chwili, gdy wyskoczyłem z zarośli, aż do pokonania statniego z tej gromady nieprzyjacielskiej, nie

119