Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tem wyraźniejsze stawały się głosy, a jeden z nich wydał mi się nawet znanym. Nie mogłem zrozumieć słów, ale po brzmieniu wywnioskowałem, że rozmawiający znajdowali się za gęstym krzakiem senesu. Przysunąłem się bliżej i poznałem drugi głos. Był to dżelabi, a ten, z którym rozmawiał, ni mniej ni więcej — — tylko Abd Aslem, świętym fekirem który chciał mnie zamorzyć głodem w Siut!
Krzaki senesu nie były zbyt szerokie, gdyż rozumiałem każde słowo tak wyraźnie, że zdawało mi się, jakoby odległość między nami wynosiła zaledwie trzy do czterech łokci. Z rozmaitych dolatujących mnie szmerów i dźwięków można było wywnioskować, że nie byli sami we dwójkę.
— Wszyscy, wszyscy muszą pójść do piekła; tylko tego cudzoziemca zostawimy przy życiu! — rzekł fakir w chwili, kiedy ułożyłem się już wygodnie.
— Czemu? — spytał dżelabi. — On właśnie powinien pierwszy zginąć od naszych kul i nożów
— Nie! Ja chcę go zachować i przywieść synowi. Niech poniesie, długie, długie męki. Ani mi się śni pozwolić mu umrzeć szybką śmiercią.
— W takim razie musisz przygotować się na to, że ci znowu ucieknie.
— Ucieknie? To niemożebne! Wiem, że to

112