Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie, to on. Przypatrz się śladom pierwszego tropu; poszczególne źdźbła trawy są wyrwane. W drugim tropie masz to samo.
— To prawda, ale...
— Tu niema żadnego „ale“. Wielbłąd dżelablego ma czułe podeszwy i wyrywa trawę palcami. Drugi trop ma już wyraźniejsze odciski, wyrzucane nazewnątrz. Stąd wniosek, że teraz jechał daleko szybcej, aniżeli przedtem; zawrócił i bardzo mu pilno.
Przewodnik potrząsnął głową, lecz nic nie powiedział. Wsiedliśmy znowu na wielbłądy i ruszyliśmy dalej z podwojoną szybkością. Po upływie może godziny przybyliśmy na miejsce, na którem stali jeźdźcy. Trawa była stratowana i położona na ziemi na dość obszernej przestrzeni. W kierunku wschodu prowadził dawny ślad trzech wielbłądów i jeden nowy. Na prawo i na lewo rozchodziły się dwa tropy, jeden na południe, a drugi na północ. Gdy nasi towarzysze nie mogli tego zrozumieć, oświadczyłem:
To, co tu widzicie, popiera zupełnie słuszność moich domysłów. Tam daleko przed nami w lesie kasjowym czekają nasi przeciwnicy i czychają na nas, a dowódca wysłał naprzód linję forpoczt. Trzej ludzie przybyli aż tutaj a dżelabi, najodważniejszy, pojechał dalej. Wróciwszy, doniósł im, że nas znalazł, i pojechał dalej. Wróciwszy, doniósł im, że nas

105