Przejdź do zawartości

Strona:Karol May - Marah Durimeh.djvu/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

jest człowiekiem honoru, lecz podłym złodziejem i bandytą, odpowiada nieubłaganą krwawą zemstą. Bywałem przez Kurdów uważany za wroga, nigdy jdnak nie okradli mnie skrycie sposobem armeńskim, nie wyzyskiwali czy oszukiwali. Tego samego zdania był również Hadżi Halef Omar, który, mimo swoich pociesznych właściwości, nie wydawał fałszywego czy stronnego sądu, i chociaż często na temat Kurdów rezonował, nigdy nie wyraził się o nich jako o ludziach podłych i bez honoru.
 Rzekł też do mnie teraz, kiedy nas ostrzeżono przed Dawuhdijehami i Hamawandami:
 — To tak brzmi, sihdi, jakbyśmy się mieli ich bać! Wszak my chyba nie powinniśmy się obawiać łudzi, którzy występują przeciw nam otwarcie z bronią w ręku, — zdradzieckiego zaś tchórzostwa u nich nie spotkasz. Byłbym nawet zadowolony, gdyby się nadarzyła mała utarczka. Wiesz wszak, że nigdy nie unikam wesołej walki.
 — Ale powinieneś unikać! — odparłem.
 — Czemu?
 — Czy rzeczywiście mam ci, kochany Halefie, przypomnieć o ostatniem życzeniu twojej Hanneh?

 — Ostatniem? Powiadam ci, effendi, że to nie jest jej ostatnie życzenie, gdyż będzie ich miała więcej po moim powrocie do domu! A co