Przejdź do zawartości

Strona:Karol May - Marah Durimeh.djvu/31

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

 — Allah akbar! — Bóg jest wielki! Ciebie? Ciebie?
 — Tak, mnie.
 — Sihdi, to niemożliwe! Wszak ja cię znam! Jesteś człowiekiem niezwykle doświadczonym, i masz umysł jasny i bogato wyposażony. Czego możesz się więc nauczyć od Dżanneh, twej duszy!
 — Właśnie tu tkwi wielki, niezrozumiały błąd ludzkości, że nie chce posyłać umysłu swego do duszy na naukę! Nie zna się istoty obu tych czynników i sądzi fałszywie, że nauczycielka powinna pobierać nauki u ucznia.
 — Nie pojmuję tego!
 — Niech cię to zbytnio nie smuci! Takich jest legjon, ale im się wydaje, że lepiej od ciebie to rozumieją. Pozwalają duszy marnieć, a upiększają, malują i perfumują umysł tak, że staje się panującym eunuchem!
 — A więc najwspanialsze nawet wonie haremu nie mają dla ciebie żadnej wartości?

 — Też pytanie! W Ben-Szir jest napisane: „Allah był nasamprzód twórcą, a potem poetą. Stworzywszy ziemię, podarował jej jako ukoronowanie całego dzieła swojego — Boski Wiersz, mianowicie kobietę”. I cóż powiesz na to, kochany Halefie, że ten wiersz smaruje się pomadą i mąką, otacza się wonią z torby piżmowca, maluje się mu wargi, lica, oczy i ręce,