Przejdź do zawartości

Strona:Karol May - Marah Durimeh.djvu/30

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

 — Nie. Usta, któremi do mnie przemawia, nie powinny być pokryte fałszem pomadki.
 — Ale choć czarnej farby używa do oczu, aby powiększyć wnikliwość swego wzroku?
 — I tego nie czyni. Jej ładne, jasne oko unika każdego cienia.
 — A więc jakiego koku[1] zazwyczaj używa, aby połechtać miłośnie twoje powonienie?
 — Żadnego.
 — A misk[2], który pachnie w przeciągu dwóch tygodni?
 — Ach, nie wspominaj mi o niem. Wystarczy napomknąć tylko o misku, ażebym zwiał, gdzie pieprz rośnie, tak nie znoszę jego woni. Stucznie spreparowane zapachy podtrzymują kłamstwo. W moich oczach jest grzechem wyparcie się niewinnego i delikatnego zapachu swego zdrowego ciała przez tego rodzaju sztuczne środki.
 — Oh, sihdi, jaki z ciebie salym[3]! Gdyby w twojej Dżanneh nie było nic sztucznego, jakżeby spędzała ten piękny czas, jaki wszystkie kobiety tracą ku wielkiej swojej radości na staranne upiększanie swego ciała?

 — Nie szkodzi — — ma robotę. Uczy mnie.

  1. ↑ Perfumy.
  2. ↑ Piżmo.
  3. ↑ Barbarzyńca.