czącą podróż dla sprowadzenia balsamu od starej perskiej znachorki. Mimo więc wszystko, uczyniłem jeszcze ostatnią próbę odwiedzenia Hadżiego od jego zamiaru.
— Czy znasz, kochany Halefie, szczep Bachtijarów, do którego należy Umm-ed-Dżamahl? — zapytałem go.
— Nie — odrzekł krótko.
— Zdaje się, że nie posiada ludzi, którym można zbyt wiele ufać.
— Jakżeto?
— Słyszałeś przedtem od handlarza nazwę Idiz. Może wiesz, jakie jest znaczenie tego wyrazu?
— Nie wiem.
— Idiz, to kurdyjski wyraz, a znaczy: złodziej. Udasz się więc na poszukiwanie rzezimieszków?
— Czemu nie? Właśnie dlatego, że są lub też nazywają się złodziejami, chcę do nich się udać! Może wreszcie u nich doznam jakichś wrażeń. Przecież w tym celu podróżujemy! Teraz dopiero podwójnie się cieszę z tej podróży. Na pewno potem pożałujesz, żeś mi nie towarzyszył. Powiedz-no, mój kochany effendi, czy nie jesteś w stanie tego pojąć, że Hanneh, ranna, południowa i wieczorna rozkosz każdego dnia mego życia, chce uchodzić za tak piękną w moich oczach, jak to jest tylko możliwe?