Przejdź do zawartości

Strona:Karol May - Marah Durimeh.djvu/27

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

retoryczny, który mi podszepnął użycie tych ostrych słów, — jest na Wschodzie o wiele, wiele silniejsza, niż na Zachodzie. Jakże więc mogłem dziwić się dobrej Hanneh, że starała się wydawać możliwie piękną swemu Halefowi! Balsam Matki Piękności — tu chodziło wszak o zasadniczy środek na piękność! Wolno mi o tem było sądzić, co mi się żywnie podobało, wolno mi było uważać, że skuteczność tego balsamu jest równa zeru, nie miałem jednak prawa przeskadzać Halefowi w uczynieniu tego, co miało Hanneh, a co zatem idzie i jemu, sprawić radość. Tylekroć dla mnie narażał życie — dla mnie teraz opuścił żonę, syna i szczep swój, i gotów był każdej chwili złożyć mi ofiarę ze swej przyjaźni, więc czyż mogłem mu nie poświęcić paru dni? Powód, że ja, jako stary westman, nie mam właściwego zrozumienia dla kosmetyków, nie wchodzi tu w rachubę. Nadto, przypomniałem sobie, iż większość szczepów Bachtijarów należy do sekty Ali-Ilahis, a więc do sekty, o której wprawdzie wiele słyszałem i czytałem, lecz której żadnego z przedstawicieli nie znałem dotąd osobiście. Może nadarzała mi się teraz sposobność wypełnienia powyższej luki w podróży do Kirmanszah? Było więc dosyć powodów, aby zgodzić się na życzenie Halefa, aczkolwiek wydawało mi się rzeczą śmieszną, ażeby odbyć długotrwałą i mę-