Strona:Karol May - La Péndola.djvu/77

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Korsarz zbladł. Był zdemaskowany. Ryknął:
    — Rzucajcie granaty. Żywo! Żeby nam ten łotr nie umknął!
    Unger odpłynął na dystans dostateczny, by go nie mogły dosięgnąć granaty ręczne. Ale teraz groziły „Rosecie“ armaty. Unger podprowadził jacht w kierunku steru korsarza, tak, by go mogła ewentualnie dosięgnąć tylko przednia armata, i skierował wszystkie wysiłki na zniszczenie steru przeciwnika. Widząc ten manewr Ungera, Landola podniósł żagle, chcąc zbliska zaatakować przeciwnika.
    Drugi statek również nie próżnował, choć odczuł dotkliwe szkody. Landola, wzięty we dwa ognie, czując, iż sprawa może się źle skończyć, zaczął całą parą uciekać, zniszczywszy jeszcze na pożegnanie wystrzałem prawą część statku kupieckiego.
    Na widok ucieczki Landoli na statku kupieckim rozległy się radosne okrzyki. Jacht zbliżył się do ocalonego statku, a Sternau i Unger weszli na jego pokład.
    — Dziękuję panom za pomoc — rzekł kapitan, ściskając ich ręce. — Wasz jacht to prawdziwy bohater.
    — No i o pańskim statku nic złego nie można powiedzieć; spisał się dzielnie — rzekł Sternau.
    — Spełniłem tylko swoją powinność. Ciekaw jestem, czy ten łotr zechce mnie nadal atakować?
    — Nie sądzę, gdyż znowu miałby sprawę ze mną.
    — Wygląda to tak, jakby mi pan chciał towarzyszyć.
    — Nie panu chcę towarzyszyć, a jemu. Szukam go oddawna i nie wypuszczę teraz.
    — Naprawdę? Czy ma pan z nim jakieś porachunki?

    75