Strona:Karol May - Jaszczurka.djvu/96

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

— Raz ci się udało, ale drugi raz, zobaczymy!
Zaryglował drzwi, zgasił lampę i odszedł. Popatrzyłem teraz przez dziurkę na brzeg i spostrzegłem, że ludzie zżynali skrzętnie trzcinę i sitowie, ażeby mieć dogodne miejsce do obozowania. Zapalono też więcej ognisk, co wywnioskowałem z cieni drzew.
Nadeszła teraz tak długo oczekiwana chwila. Wydobyłem z ukrycia nóż i przyczołgałem sę do Ben Nila tak, że, trzymając nóż w zębach, rozciąłem powróz na jego rękach. Była to najcięższa i najbardziej żmudna praca, bo łatwo można go było skaleczyć. Reszta poszła gładko i tak zręcznie, że stojący na straży ani się spostrzegł, czy wewnątrz coś zajść mogło. Wolni już wszyscy trzej od więzów, wyprostowaliśmy członki zapomocą ostrożnych ruchów i czekaliśmy na przybycie znajomego; niestety, dopiero po upływie pół godziny zatrzeszczały schody i usłyszeliśmy jego głos:
— Słuchaj no! Nowiny, powiadam ci, niesłychane nowiny przyniósł Oram. Szkoda, że nie możesz posłuchać.
— Djabli nadali wartę w tak ważnej chwili — odrzekł pełniący służbę. — Cóż tam takiego?
— Ów niewierny effendi mówił prawdę. Nasi towarzysze zostali istotnie schwytani, a ośmiu z nich zabito kolbami w walce.

94