Strona:Karol Irzykowski - Z pod ciemnej gwiazdy.djvu/79

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


utopić, chmury czołgają się po niebie, twarde i nieubłagane nie mogąc się skroplić, a puste gwiazdy szydzą z umierającej ziemi, patrzącej na swą agonję dwojgiem moich oczu.
— Gdzie jesteś starcze? — zapytał Polak.
— Gdzie jesteś — ktoś mnie pyta. Na wybrzeżu. U moich stóp morze.
— Jakie morze? Czy ocean? Atlantycki czy Spokojny?
— To jest morze pamięci.
— Uciekaj!
— Uciekam na dzikie góry, uciekam przez opuszczone miasta, ale wszędzie wychodzę znowu nad morze pamięci.
— A czy widzisz tam „Nadzieję“?
— Zaczekaj — widzę! Była!
— Więc oto masz nasze dłonie!
Dźwignęli go i przejrzał, a zobaczywszy ich, stał się na nowo śmiesznym jak dziecko, uczepił się szyi, płakał, całował.
— Napatrz się, napatrz staruszku!
Ukląkł przed „Nadzieją“, dotknął jej drżącemi rękami.
— A teraz dosyć — rzekł inżynier — ustąp starcze, młodość rozpoczyna działanie.
Ale trwał w uporze i przywarłszy piersią do „Nadziei“, ruszyć się nie chciał.
— Usuńcie tego rzewnego szaleńca — wołał zniecierpliwiony Polak.
Próbowano go odepchnąć, szydzono, szturkano. Bił się rozpaczliwie, wreszcie na kolanach sunął się do inżyniera i do pasażerów, błagał:
— Weźcie mnie z sobą!
— Głupstwo! Precz z nim!
Wtem z pośród tłumu wystąpił ten, którego znano jako przywódcę Bankrutów, a który zawsze dotąd ukrywał