Strona:Karol Irzykowski - Z pod ciemnej gwiazdy.djvu/57

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


uważył jego nogi fikające w powietrzu i widocznie jakaś przerażająca myśl przyszła mu do głowy, gdyż nagle zerwał się i skoczył do drzwi, a uchwyciwszy klamkę, krzyknął:
— Bój się pan Boga, odwróć pan twarz, bo nie mogę wytrzymać!
Robert zwrócił ku niemu znowu front swej osoby.
— Jakto? Mnie boli, a pan nie możesz wytrzymać?
— Czy pan to tylko mówisz na serjo? Czy pan nie udaje? Czy pan się nie dusił od śmiechu tam w poduszce? Daje mi pan słowo, żeś pan się nie śmiał?
Czoło Almanzora drgało, oba policzki były nadęte, jak u kogoś, co wziął wody w usta i lada chwila ma ją wybluzgać.
— Daję słowo! — krzyknął Robert, przerażony nie mniej od Almanzora.
— No to jestem narazie uratowany! Aby pana drugi raz nie skorciło... Lecz pst!
Tu zniżył głos i obejrzał się dokoła trwożliwie.
— Wyznam coś panu, lecz musisz pan przysiąc na swój ząb, że tego wyznania nie nadużyjesz.
— Przysięgam na ząb, — a jest to ząb trzonowy!
Almanzor pochylił się nad Robertem i mówił z trwożliwą tajemniczością:
— Nie wolno mi się śmiać, bracie... bo mam rupturę!
— Co? co? Bodajże cię...
Tu ogarnęła Roberta chętka szalonego śmiechu, lecz w tejże chwili Almanzor ze łzami w oczach chwycił go za gardło, udaremniając zamiar.
— Cicho rybko i przebacz... teraz cię puszczę... Rozumiesz więc Robercie — wszak od chwili tak ważnego