Strona:Juljusz Verne - Dwaj Frontignacy.djvu/067

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


się, że każdy mierząc od stóp do głowy, pyta mię jakiem prawem wcisnąłem się tutaj... Unikam wszystkich — a najbardziej gospodarza domu... którego nieznam wcale... Ba! my Amerykanie nie tracimy nigdy nadziei! Gdybym tylko mógł Maryę spostrzedz... powiedziała mi, że przyjdzie z całą pewnością — w tym też celu... (spostrzega Roquamora ukazującego się w głębi) A! Ktoś idzie!
Roquamor (do służącego)
Proszę cię, nie szafuj tak szczodrze temi chłodnikami.
Sebastjan. (n.s.)
Oj do djabła! Gospodarz domu! (udając że go nie widzi odwraca się od niego i nuci)