Strona:Juljusz Verne - Dwaj Frontignacy.djvu/010

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Marcandiera)Być może... ale zdaje się, że to prawidło mieści w sobie wyjątki dla niektórych osób...
Marcandier (trochę zmieszany)
Hę? — A tak... bo widzisz nie mogłem znaleść starego kapelusza.
Imbert
Mniejsza o to! — ... Dobrze żeśmy natrafili na ten salonik — tu można przynajmniej swobodnie oddychać!... Szczególna myśl przyszła panu Roquamorowi do głowy: — dawać bal! Od trzech lat nie był w Paryżu — nikt go nie zna... to sławne! —
Marcandier
Mój kochany, myśl tę powzięła żona, a nie mąż. —