Strona:Juljusz Verne-Podróż podziemna.pdf/240

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


długo, trwa już pięć minut i wkrótce znów wznosić się będziemy do góry.
Rzeczywiście po chwili tratwa poczęła wznosić się na falach lawy ku górze.
— Dobrze, — rzekł stryj, — wkrótce staniemy znowu, jest to wulkan, który nie wybucha odrazu, lecz z przestankami.
Ile razy zatrzymywaliśmy się, mogłem niedokładnie obliczyć, wiem tylko, że za każdym razem po dziesięciominutowej pauzie rzucani byliśmy z ogromną siłą w górę.
Po jednym z takich rzutów straciłem przytomność i gdyby nie opiekuńcze ramię Islandczyka, rozbiłbym sobie czaszkę o granitowy mur komina.
Nie pamiętam nic, co było potem. Wiem, że fantastyczny nasz statek płynął po falach lawy, pośród deszczu z popiołu, otoczony płomieniami.
Ostatnią rzeczą, którą widziałem, była postać Jana w odblasku pożaru i miałem wrażenie, że jesteśmy uwiązani u otworu armaty i że wkrótce członki nasze rozprysną się na wszystkie strony.