Strona:Juljusz Verne-Podróż podziemna.pdf/239

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Straszliwa siła pchała nas ku otworowi zapewne krateru, pchała przeto ku straszliwemu niebezpieczeństwu.
Temperatura stała się nie do wytrzymania. Siedmdziesiąt stopni gorąca! Pot spływał po nas kroplami. Zdjęliśmy już dawno ubranie, ale i to nie pomagało.
Jeśliby nie szybkość wznoszenia się ku górze, bylibyśmy napewno uduszeni! Tym czasem profesor poradził, żebyśmy się uwiązali sznurem razem, co zrobiliśmy, obawiając się, żeby który z nas przy wstrząśnieniu nie spadł w rozpalone łono ziemi.
Koło godziny ósmej rano zdarzył się nowy wypadek. Wstrząs ustał, tratwa stanęła.
— Co to takiego? — spytałem.
— Przystanek, — odpowiedział stryj.
— Czy wybuch ustaje?
— Mam nadzieję, że nie! odrzekł profesor.
Podniosłem się. Rozejrzałem się wokoło Może zawadziła tratwa o skałę i stanęła. Ale. tego nie było. Fala popiołu, kamieni i różnych mineralnych szczątków zatrzymała się również w powietrzu galerji.
— Czy wybuch ustał? — krzyknąłem.
— Ach, — odpowiedział stryj przez ściśnięte zęby, boisz się, mój chłopcze, ale bądź pewny, że cisza ta nie będzie trwała zbyt