Strona:Juljusz Verne-Podróż podziemna.pdf/235

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Tak! wierzę dotąd, dopóki mi serce bije, dopóki oddychać mogę. Istota, obdarzona wolą, nie powinna rozpaczać!
Co za słowa! Człowiek, który je wypowiadał w podobnych warunkach, istotnie był niepospolitym!
— A więc, cóż stryj myśli robić?
— Zjeść to co pozostało, co do okruszyny i w ten sposob wzmocnić swe siły. Uczta ta będzie naszą ostatnią... niechaj! ale przynajmniej, zamiast czuć się wyczerpanymi, staniemy się znów ludźmi!
— A więc, zjadajmy! — wykrzyknąłem.
Stryj mój wziął kawałek mięsa i kilka sucharów i podzielił to wszystko na trzy równe części.
Zjedliśmy więc po funcie posiłku,
Profesor jadł chciwie z rodzajem gorączkowego pośpiechu, ja, bez zadowolenia, pomimo głodu, prawie z niesmakiem. Nasz przewodnik jadł spokojnie, systematycznie, po małym kęsku, ze spokojem człowieka, którego nic nie trapi.
Znalazłszy jeszcze pół flaszki wina, podał nam i ten dobroczynny napój orzeźwił mię nieco i wlał w me serce otuchę.
— Wybornie! — odezwał się Jan.
— Przepysznie! — potwierdził profesor.