Strona:Juljusz Verne-Podróż podziemna.pdf/207

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zdawał się być jakby wzburzony z powodu jakiegoś wybuchu.
Z trudem chodziliśmy po tych odłamach granitu, mieszaniny kwarcu i szczątków przeróżnych, gdy wtem oczom naszym ukazało się pole, kompletnie zasiane kośćmi.
Zdawało się ono być olbrzymim cmentarzem, na którym grzebano od dwudziestu conajmniej wieków.
Wysokie stosy szczątków zwierzęcych wznosiły się na znaczną wysokość, a całe to pole zdawało się ciągnąć do nieskończoności, wzrokiem nie można było dosięgnąć jego końca.
Tutaj to wypisana była historja świata zwierzęcego, zaledwie słabo opisanego przez przyrodników.
Ciekawość ciągnęła nas ku temu polu.
Nogi nasze rozdeptywały z suchym trzaskiem szczątki tych przedhistorycznych stworzeń.
Byłem zdumiony widokiem tak nieoczekiwanym.
Stryj mój wzniósł ramiona ku górze. Usta jego otwarły się z podziwu, oczy błyszczały z poza szkieł lunety, głowa kiwała się z góry na dół, z lewej strony na prawą, cała