Strona:Juljusz Verne-Podróż podziemna.pdf/198

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Jan przygotował nam posiłek, którego nie tknąłem i każdy z nas, wyczerpany trzema niespanemi nocami, zasnął smacznie na kilka godzin.
Nazajutrz dzień okazał się prześliczny. Niebo i ziemia były już w zupełnej ze sobą harmonji i wszelkie ślady strasznego huraganu zatarły się całkowicie.
Gdym się zbudził, posłyszałem wesołe powitanie profesora:
— A więc, mój chłopcze, czy dobrze ci się spało?
Narazie nie mogłem odpowiedzieć. Stanął mi przed oczyma Hamburg, pod którym przejeżdżaliśmy, moja ukochana Małgosia i pomyślałem sobie, że najlepiej byłoby, gdybym posłyszał, że jedziemy do naszego ukochanego domu...
Stryj wyczuł moje myśli widocznie, bo rzekł, patrząc na mnie ze smutkiem:
— Ach tak! Nie chcesz mi nawet powiedzieć, czyś dobrze spał!
— Bardzo dobrze spałem, jestem trochę jeszcze osłabiony, ale to minie.
— O, tak, minie, trochę zmęczenia, ot i wszystko.
— Ale stryj zdaje się być wesołym?