Strona:Juljusz Verne-Podróż podziemna.pdf/192

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


O godzinie dziesiątej rano, zwiastuny burzy stały się wyraźniejsze i zdawało się, że nie podobna będzie w dalszym ciągu oddychać.
— Oto przygotowuje się zła pogoda! — rzekłem. Profesor nie odpowiadał. Był w straszliwym humorze, widząc, że ocean nigdy się chyba nie skończy. Wzruszył tylko ramionami.
— Będzie burza, — odezwałem się, wyciągając rękę ku horyzontowi. Chmury zniżyły się ku morzu. Wiatr ucichł. Natura zdawała się być martwą. Tratwa płynęła cicho po olbrzymim, nieogarnionem morzu, unosząc nas trzech, małe atomy wobec wielkości oceanu i jego niezmierzonych głębi.
Poradziłem, zdjąć maszt, który nas mógł doprowadzić do zatraty.
— Nie! nie wolno! — krzyknął profesor. Niech wiatr nas unosi, niech burza wiedzie, dokąd chce, abym raz wybrnął z tego przeklętego morza i ujrzał nareszcie skały nadbrzeżne...
Jeszcze słów tych nie skończył, gdy naraz nastąpiła dokoła ogromna zmiana. Wszczął się huragan. Ciemność zaległa dokoła.