Strona:Juljusz Verne-Podróż podziemna.pdf/187

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Powiedziałem o tem stryjowi, który zgodził, się na to.
Koło godziny czwartej, Jan powstał, znów wdrapał się na maszt i obserwował.
Postać jego nie zdradzała zainteresowania, ale oko wlepione miał w jeden punkt
— Zobaczył coś, — rzekł profesor.
— I ja tak myślę.
Jan zeszedł, potem wyciągnął rękę w stronę południową, mówiąc:
— Pagórek.
— Czy tam? — spytał stryj — Tam! — odpowiedział.
Stryj ujął lunetę i przyglądając się przez chwilę, zawołał:
— Tak! tak!
— Co stryj tam zobaczył?
— Jakąś wypukłość, olbrzymią, wynurzająca się z fal.
— Znowu może jakiś potwór?
— Być może.
— A więc uciekajmy stąd na zachód, żeby się nam znów co nie przytrafiło.
— Możemy jechać, jak jedziemy!
Obróciłem się do Jana. Siedział nieporuszony, jak zwykle.
Im bardziej zbliżaliśmy się do mniemanego potwora, tem bardziej pagórek wzrastał.