Strona:Juljusz Verne-Podróż podziemna.pdf/178

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Spojrzałem. Rzeczywiście. Ale może to tylko przypadek.
Zapuściliśmy wędkę z powrotem. Ocean ten musiał być obficie zarybiony, gdyż w dwie godziny nałapaliśmy mnóstwo takich samych bezocznych ryb, jak również Dipterydy, też pozbawione wzroku.
Ten niespodziany połów powiększył nasze zapasy żywności.
Wziąłem do ręki lunetę i zacząłem obserwować morze. Było ono zupełnie pustynne, nie widać na niem było jednej wysepki.
Jesteśmy jeszcze pewnie daleko od brzegów. Spojrzałem w powietrze. Taksamo w niem nic nie żyło i nie poruszało się.
Alki suną wciąż po falach, wyławiają ryby i morskie rośliny, w powietrzu nie unoszą się wcale.
Zacząłem marzyć o dawnych, bardzo dawnych czasach, wywołując różne wspomnienia tego, co czytałem kiedykolwiek w swem życiu i zapomniałem o wszystkiem: o tem, że jadę morzem, że obok mnie siedzi profesor i przewodnik.
Naraz usłyszałem głos stryja:
— Co ci się stało?
Nie byłem w stanie odpowiedzieć, tak dalece zatopiony byłem w marzeniach. Oczy