Strona:Juljusz Verne-Podróż podziemna.pdf/145

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Uciekłem się do modlitwy, zacząłem gorąco błagać Boga o ratunek.
Zwrócenie się do Stwórcy napełniło mnie pokojem i zacząłem wytężać cały zasób mej inteligencji na ratowanie się od śmierci.
Żywności miałem na trzy dni, naczynie pełne wody.
Nie mogłem długo wytrwać sam, ale co tu robić? Zejść, czy piąć się pod górę?
Piąć się w górę! Piąć!
Powinienbym w takim razie natrafić na opuszczone przezemnie miejsce i na bijące źródło.
Jeśli dojdę do źródła, trafię jakoś do góry Sneffels.
Czemu wpierw o tem nie pomyślałem? Tam byłbym napewno znalazł wybawienie.
Najważniejszą sprawą było w owej chwili wynaleźć źródło Jana.
Podniosłem się i, opierając się na żelaznym drągu, przeszedłem galerję. Pochyłość była bardzo duża, ale szedłem z nadzieją i ze spokojem w sercu, jak człowiek, który nie ma innej drogi do wyboru.
Przez pół godziny nie doznawałem żadnej przeszkody. Usiłowałem rozpoznać drogę po formie tunelu, po wysokości głazów granitowych, ale nic nie przypominało mi poprzedniej drogi.