Strona:Juljusz Verne-Podróż podziemna.pdf/144

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Małgosię, ale świat ten przemknął przedemną jak meteor.
Potem myślałem o naszej podróży, przybyciu do Islandji, o panu Fridrikssonie, o górze Sneffels.
Potem powiedziałem sobie, że jeśli w mojem obecnem położeniu mogę łudzić się myślą o jakimkolwiek ratunku, to znaczy, że jestem szalony!
Pozostała mi tylko rozpacz...
Rzeczywiście, jaka moc zdolna była mnie stąd wyprowadzić na powierzchnię ziemi, i umożliwić przejście tych olbrzymich obszarów, które ciążyły nad moją głową?
Któż wyprowadzi mnie na drogę i połączy ze stryjem i przewodnikiem?
— Ach! mój stryju! — zawołałem z odcieniem rozpaczy.
Było to jedyne słowo wymówki, które wyszło z mych ust, pojmowałem bowiem dobrze, jak ten nieszczęśliwy człowiek musiał cierpieć, szukając mnie po galerjach.
Kiedy ujrzałem się zupełnie sam, bez żadnej ludzkiej pomocy, zacząłem myśleć o Bogu. Wspomnienia mej drogiej matki, którą znałem krótko, ale pamiętałem doskonale, obiegły mnie gromadnie.
Przypomniałem sobie, jak składała ręce moje do modlitwy, jak zaklinała, żebym nie zaniedbywał pacierza.