Strona:Juljusz Verne-Podróż podziemna.pdf/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Jan patrzał na mnie z uśmiechem. Wstał i wziął lampę, poszedłem za nim. Skierował się ku murom. Ja uważałem ciekawie, co będzie robił.
Przyłożył ucho do suchego kamienia i posuwał je coraz dalej, nasłuchując ciągle. Zrozumiałem, że szuka punktu, gdzieby potok słyszeć można było doskonale.
Punkt, najsilniej odbijający głos, był po stronie lewej, o trzy stopy od ziemi.
Jakżeż byłem wzruszony! Nie mogłem domyśleć się, co zamierza Jan, ale rozumiałem, że należy mu się hołd i gotów byłem rzucić mu się na szyję z radości, gdy zobaczyłem, że chwyta swą dzidę, aby zaatakować skałę.
— Uratowani! — zawołałem.
— Tak, uratowani, — odpowiedział mój stryj z radością. — Jan ma rację! Ach, dzielny myśliwy! Nie znaleźlibyśmy sami napewno!
Wierzę temu! Nie przyszedł nam ani na chwilę do głowy podobny sposób wydobycia wody, a przecie był tak prosty.
Ale jeśli po uderzeniu skały, oderwie się kawał i padnie na nas? Albo może zaleje nas całkiem woda w tej galerji?
Myśli te przychodziły nam do głowy, ale pragnienie było większe nad obawę.