Strona:Juljusz Verne-Podróż podziemna.pdf/071

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


lizki, nadszedł gospodarz i poprosił, żebyśmy przeszli do kuchni, gdzie stale płonął ogień.
Stryj mój przychylił się do zaproszenia, ja zaś postępowałem chętnie za nimi, byłem bowiem bardzo zziębnięty.
Komin w kuchni był kształtu starożytnego. Pośrodku pokoju znajdował się kamień, służący za ognisko, w dachu zaś był otwór, przez który wychodził dym.
Kuchnia ta służyła też za jadalnię. Kiedyśmy do niej weszli, gospodarz, pomimo, że nas już zastał, podszedł do nas i powitał słowem: bądźcie szczęśliwi! i ucałował nas w policzek.
Żona jego powitała nas w podobny sposób, poczem oboje małżonkowie położyli rękę na sercu i pokłonili się nam do samej ziemi.
Żona gospodarza była matką dziewiętnaściorga dzieci.
Duże i małe zataczały się koło komina, grzejąc się i dokazując.
Co chwila zjawiały się blond głowy o melancholijnych oczach.
Zdawały się być wieńcem aniołków, unoszących się w dymie kadzideł. Stryj mój i ja wkrótce zostaliśmy otoczeni przez chmarę tych istotek.
Jedne wlazły nam na ramiona, drugie na kolana, trzecie plątały się nam u nóg,