Strona:Juljusz Verne-Podróż podziemna.pdf/051

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Przebiegłem bardzo szybko te błotniste i smutne drogi, gdzieniegdzie dostrzegłem murawę, przypominającą stary pożółkły dywan, to znów jakiś niby sad, w którym rosło trochę kartofli, kapusty i który wyglądał na pole lilipucie, parę lewkonij podnosiło tam płatki ku słońcu.
Odwiedziłem też cmentarz publiczny, otoczony wokół murem, potem przechodziłem obok domu gubernatora, okazałego pałacu, który wyróżniał się swym przepychem pośród nędznych domków islandzkich.
Między małym jeziorem i miastem wznosi się kościół, zbudowany w guście protestanckim z kamieni, z dachem czerwonym.
W sąsiedztwie kościoła spostrzegłem narodową szkołę, gdzie, jak się później dowiedziałem, uczono po hebrajsku, angielsku, francusku i duńsku.
Byłbym tam ostatnim uczniem, nie znałem bowiem tych języków.
W trzy godziny zwiedziłem nietylko miasto, lecz i jego okolice.
Ogólny widok był szary. Ani drzew, ani roślinności...
Zewsząd sterczące skały wulkaniczne.
Chaty islandczyków zrobione z ziemi i mury ich pochylone ku dołowi.
Wyglądają na dachy rozpostarte na ziemi.