Strona:Juljusz Verne-Podróż podziemna.pdf/022

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Strach pomyśleć, coby to były za awantury.
Najrozsądniej było pozostać na miejscu, co też i uczyniłem.
Wkrótce nadszedł geolog z Besançon, prosząc mnie o rozklasyfikowanie pewnych wapieni i wnet zabrałem się do pracy.
Ale praca ta nie przejęła mnie tak dalece, żeby zapomnieć o rękopisie, który tyle kłopotu narobił stryjowi i jeszcze sprowadzić mógł katastrofę.
W przeciągu godziny rozklasyfikowałem wapienie, potem usiadłem w dużym utrechckim fotelu z ramionami opuszczonemi i rozpaloną głową.
Zapaliłem fajkę i nasłuchiwałem, czy nie zadudnią szybkie kroki mojego stryja, Gdzież on mógł być w tej chwili?
Wyobrażałem go sobie, biegnącego wśród drzew przydrożnych Altony, gestykulującego, uderzającego laską po murze i trawach, budzącego swym hałasem uśpione ptactwo.
Czy wróci uspokojony, czy bardziej jeszcze znękany niemożnością odczytania pisma.
Machinalnie wziąłem do ręki kartkę papieru, na której wypisane były rzędy liter. I powtarzałem sobie:
— Co to może znaczyć?