Strona:Juliusz Verne - Wyspa błądząca.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Nie będę mniej cierpiał niż pani, — odparł Hobson — a może i więcej! Włożyłem w ten budynek całą mą inteligencję i energję.
Pocóż dawałem nazwę tak niestosowną w tej chwili?
A co powie Kampanja, która mi powierzyła postawienie składnicy i domu. Uzna umie za zwykłego agenta!
— Kampanja! — zawołała ze szlachetnem uniesieniem Paulina Barnett — powie, że pan spełnił swój obowiązek, że nie może pan być odpowiedzialny za kaprysy przyrody, zawsze od człowieka potężniejszej!
Kampanja zrozumie, że nie mógł pan przewidzieć tego, co się stało, bo to było ponad rozumu i przeczucie ludzkie! Zrozumie też, że tylko pańskiej roztropności zawdzięcza, że nie utraciła ani jednego ze swych członków!
— Dziękuję pani, — rzekł porucznik, ściskając rękę pani Barnett, — dzięki za te słowa, wprost z serca pani podchodzące, ale bardzo mało znam się na ludziach i obawiam się, że będę osądzony inaczej!
Zresztą, dziej się wola Boża!
Sierżant Long, chcąc przerwać ponure myśli porucznika, zaczął mówić o czem innem, a mianowicie, czy zacząć już przygotowania do wyjazdu i czy nie czas zawiadomić podróżnych o ich położeniu.
Ale Hobson nie chciał martwić i niepokoić ludzi, dopóki wszystko nie zostanie przygotowane do wyprawy.
Tymczasem zima zapanowała wszechwładnie. Nie były takie mrozy, jak poprzedniego roku, ale wilgoć