Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 02.pdf/8

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„Mama!... Mama!... Dobra Zermuo!... Boję się!... Boję się!... Chcę zobaczyć mamę!...“
— Dobrze... moja najdroższa!... odpowiedziała Zerma. Zobaczymy ją... Nie bój się niczego!... Ja jestem przy tobie!...
W tej samej chwili, pani Burbankowa, odchodząc od przytomności, dążyła prawym brzegiem rzeki, daremnie usiłując dogonić statek, unoszący jej córkę ku przeciwległemu wybrzeżu.
Ciemności były gęste w owej chwili. Pożary, rozpalone na dominium, zaczynały gasnąć z hukiem podobnym do wystrzałów. Z tych dymów nagromadzonych w kierunku północnym, wydobywały się już tylko rzadkie wybuchy płomieni, które powierzchnia rzeki odbijała niby lotne błyskawice.
Potem wszystko się pogrążyło w ciszy i ciemnościach. Statek posuwał się wzdłuż kanału rzeki, której brzegów nawet nie można już było widzieć. Nie mógłby on być bardziej odosobnionym, samotnym, na pełnem morzu.
Ku jakiej przystani dążył statek, sterowany przez Squambo? Tego się dowiedzieć było najpilniejszą rzeczą. Indyanina zapytać, na nic by się nie zdało; dla tego Zerma starała się zoryentować co było trudne, wśród tych głębokich ciemności, dopóki Squambo nie oddaliłby się od środka Saint-John. Fale przybierały i pod pagają dwóch murzynów szybko posuwano się ku południowi.