Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 02.pdf/67

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Kiedy mamy w swej mocy Texara, to będzie musiał mówić! — dorzucił p. Burbank.
— A jeśli nie zechce? — zapytał pan Stannard. — Jeśli będzie utrzymywał, że nie uczestniczył w porwaniu Dy i Zermy?...
— Jakżeby to być mogło! — wykrzyknął Gilbert. Alboż go Zerma nie poznała w przystani Marino? — Czy Alicya i moja matka — nie słyszały imienia Texara z ust Zermy, gdy się statek oddalał? Możnaż wątpić, że on, nie jest sprawcą porwania i że mu osobiście nie przewodniczył?
— To był on! — odpowiedziała pani Burbankowa, siadając na łóżku, jak gdyby chciała biedź za nimi.
— Tak! — dodała miss Alicya — ja go poznałam! Stał... na tyle czółna, które zmierzało ku środkowi rzeki!
— A więc dobrze, to był on. Nie można wątpić o tem! Ale jeśli nie zechce wskazać miejsca, gdzie kazał skryć Dy i Zermę, gdzież będziemy ich szukali, kiedyśmy już daremnie przestrząsnęli wybrzeża rzeki na kilkomilowej przestrzeni?
Na to pytanie, tak jasno postawione, nikt nie umiał odpowiedzieć. Wszystko zależało od tego, co powie hiszpan. Czy w interesie jego będzie mówić czy milczeć?
— Czy nie wiadomo, gdzie przemieszkuje zazwyczaj ten nędznik? — zapytał Gilbert.