Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 02.pdf/56

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Co się stało? — zapytał Hiszpan.
— Nic i nic nie będzie! odparł oficer.
— Kto cię przysyła?
— Dowódca naszych statków, które niedługo zaczną się cofać ku portowi.
— Dla czego?
— Ponieważ kanonierki daremnie usiłowały przepłynąć zaporę. Nic nie pomogło, ani wyrzucenie balastu, ani wypuszczanie większej pary. Obecnie niema się czego obawiać.
— Przy tym przypływie? zapytał Texar.
Przy żadnym — przynajmniej przez kilka miesięcy.
— Hurra!.. Hurra!..
Okrzyki zapełniły miasto. Krańcowi wysławiali Hiszpana, jako człowieka, w którego wcieliły się ich wszystkie niskie instynkta, umiarkowanych zaś gnębiła myśl, że długo jeszcze podlegać będą nieludzkim rządom komitetu.
Oficer prawdę powiedział.
Począwszy od tego dnia, morze miało ciągle opadać, tem samem przypływ miał sprowadzać mniejszą ilość wody do łożyska Saint-Johnu. Ten przypływ z 12-go marca był najgwałtowniejszy z całego roku i rzeka dopiero za kilka miesięcy mogła odzyskać dawniejszy poziom. Z powodu, że kanał był nie doprzebycia, Jacksonville uniknął strzałów Stevensa. Było to przedłużeniem rządów Texara i dawało mu pewność, że dokona swego dzieła zemsty. Na-