Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 02.pdf/55

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Zaczyna się odpływ.
— Niech żyje Południe!
— Niech żyje!
Te usiłowania flotylli trwały około 10-ciu minut, które zdawały się wiekiem Texarowi, jego stronnikom i wszystkim, którzy wzięcie Jacksonvillu przypłaciliby wolnością, lub życiem. Nie wiedzieli dokładnie, jaki jest stan rzeczy nawet, gdyż oddalenie było zbyt wielkie, ażeby można było obserwować manewra kanonierek. Czy przepłynęły lub przepłyną kanał, pomimo przedwczesnych okrzyków tłumu? Czy komendant Stevens, pozbywszy się zbytecznych ładunków, nie zdoła przebyć tej niewielkiej przestrzeni, dzielącej go od głębszych wód? Czy się nie dostanie na wysokość portu? Należało się ciągle tego obawiać, dopóki woda wzbierała.
Ale gawiedź miała słuszność: odpływ zbliżał się, a więc poziom Saint-Johnu szybko opadnie.
Nagle wyciągnęły się wszystkie ramiona ku rzece i rozlegały się okrzyki:
— Czółno!.. Czółno!..
Istotnie, lekka łódź ukazała się przy lewym brzegu, gdzie się jeszcze dawał czuć przypływ, podczas, gdy na środku kanału nabierał siły odpływ. W czółnie posuwającem się szybko siłą wioseł, stał oficer w mundurze milicyi florydzkich: dotarłszy do grobli, żwawo wdrapał się po bocznej drabinie, przymocowanej do wybrzeża; poczem, spostrzegłszy Texara, szedł ku niemu, pośród gromad tłoczących się, żeby go zobaczyć i usłyszeć.