Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 02.pdf/54

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„Kanonierki wyruszają!
— Nie, stoją w miejscu!
— Morze wzbiera!
— Całą siłą pary usiłują przepłynąć zaporę!
— Patrzcie!.. Patrzcie!..
— Niewątpliwie coś się stało! rzekł komendant milicyi. Spojrzyjno, Texarze!“
Hiszpan nic nie odpowiedział. Zatopił wzrok w linią widnokręgu, opasaną wiankiem statków. O pół mili dalej, sterczały maszty i kominy kanonierek Stevensa. Gęsty dym wydobywał się z nich i, gnany coraz silniejszym wiatrem sięgał aż do Jacksonville.
Widocznie, Stevens, korzystając z przypływu, usiłował, bądź co bądź, ruszyć z miejsca. Czy mu się to powiedzie, czy znajdzie dosyć wody nawet w najgłębszych miejscach? Całe to pospólstwo, zgromadzone na wybrzeżu Saint-Johnu oczekiwało tego z gwałtownym niepokojem.
Rozmowy ożywiały się w miarę, jak jednym zdawało się, że widzą to, czego drudzy nie dostrzegali.
— Posunęły się o jakie 110 sążni!
— Nie! stoją w miejscu!
— Oto jedna robi obrót!
— Prawda, ale obraca się tylko do koła, bo zamało wody!
— Ach, jakiż dym.
— Chociażby spalili wszystek węgiel z całych Stanów Zjednoczonych, to nie przepłyną!