Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 02.pdf/190

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Był to Squambo, który się zameldował panu.
— Wejdź! — rzekł hiszpan.
Squambo wszedł.
— Czy pan ma co do rozkazania na noc? — zapytał.
— Niechaj czuwają bacznie i niech mnie zawiadomią o najmniejszym popłochu.
— Biorę to na siebie — odrzekł Squambo.
— Jutro rano pójdziemy na rekonesans kilka mil w głąb lasu cyprysowego.
— A metyska i Dy?...
— Będą tak dobrze strzeżone, jak zazwyczaj. A teraz, Squambo, pilnuj, żeby nikt nie wchodził do wigwamu!
— Nikt nie wejdzie.
— Co robią nasi ludzie?
— Chodzą tu i owdzie i zdają się nie dbać o spoczynek.
— Niechaj się ani jeden nie oddali.
— Nie oddali się ani jeden.
— Jakaż pogoda?...
— Znośniejsza. Deszcz przestał padać i wiatr się ucisza.
— Dobrze.
Zerma wciąż nasłuchiwała. Rozmowa miała się widocznie urwać, kiedy dało się słyszeć stłumione westchnienie, coś na kształt rzężenia.
Zermie cała krew spływała do serca.
Podniosła się, skoczyła na posłanie z traw, pochyliła się nad dziewczynką...