Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 02.pdf/180

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Dowiesz się...
— Czy nas to nie narazi na jakie niebezpieczeństwo?...
— Nie! Przybyłem w nocy. więc żaden z twoich niewolników nie mógł mnie widzieć.
Zerma nie rozumiała rozmowy i nie mogła odgadnąć, kto to przybył tak niespodzianie do wigwamu. Z pewnością dwóch ludzi rozmawiało tam z sobą; a jednak zdawało się, że ten sam i pyta i odpowiada. Mieli oni zupełnie jednaki dźwięk głosu. Rzekłbyś, że wszystkie te słowa wyszły z jednych ust. Zerma napróżno siliła się zobaczyć co przez szczelinę we drzwiach. Izba, słabo oświetlona, pozostawała w półcieniu, nie dającym rozpoznać najmniejszego przedmiotu. Zerma musiała więc ograniczyć się na natężanie ucha, ażeby usłyszeć jak najwięcej z tej rozmowy, która mogła być ważną dla niej.
Po chwili milczenia, dwaj ci ludzie znowu zaczęli rozmawiać. Texar zapytał:
— Nie sam przybyłeś?
— Nie; niektórzy z moich stronników towarzyszyli mi do Ewerglad.
— Ilu ich jest?
— Około czterdziestu.
— Czy się nie lękasz, ażeby nie dostrzegli tego, co się nam udawało ukrywać od tak dawna?
— Bynajmniej. Nie zobaczą nas nigdy razem. Opuszczą wyspę Carneval, nie dowiedziawszy się ni-