Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 02.pdf/175

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Córkę Jamesa Burbanka — rzekł Texar z oddźwiękiem najgwałtowniejszej nienawiści w głosie — oddać ją ojcu?... Nigdy!
— Nędzniku! — wykrzyknęła Zerma, opanowana oburzeniem — jeśli nie ojciec, to Bóg wyrwie ją z twoich rąk!
W miejsce odpowiedzi hiszpan roześmiał się szyderczo i wzruszył ramionami. Skręciwszy drugi papieros, zapalił go spokojnie i odszedł wybrzeżem kanału, nie spojrzał nawet na Zermę.
Odważna metyska z pewnością zabiłaby go, jak dzikie zwierzę, gdyby miała broń, nie pomnąć na to, że mogłaby być potem zamordowaną przez Squambo i jego towarzyszy. Ale bez broni cóż mogła zrobić? Nieruchoma przyglądała się murzynom, pracującym na wybrzeżu; lecz, nie spostrzegłszy ani jednej przyjaznej twarzy, tylko same dzikie, odrażające oblicza, powróciła do wigwomu, ażeby otoczyć macierzyńską opieką dziecko.
Usiłowała pocieszyć bieadczkę: wzięła ją na ręce i ożywiła trochę pocałunkami. Potem ugotowała jej śniadanie przy ognisku. Słowem, otaczała ją wszelkiemi staraniami, na jakie pozwalało ich smutne położenie. Dy, dziękowała uśmiechem, ale ten uśmiech smutniejszy był od łez...
Zerma nie ujrzała już Texara aż do końca dnia; zresztą, nie szukała go wcale. Na co by jej się to zdało? Z pewnością nie dałby się zmiększyć proźbami, a ponowienie wyrzutów pogorszyłoby położenie.