Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 02.pdf/161

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Przedewszystkiem — rzekł Gilbert — trzeba ci kapitanie, wiedzieć, że i my także dążymy ku Ewergladom.
— I wy także? — odparł oficer, bardzo zadziwiony tą wiadomością. — Po cóż tam idziecie?
— W pogoń za łotrami, których chcemy ukarać tak samo, jak i wy będziecie karali swoich!
— Cóż to są za łotry?
— Zanim ci odpowiem, kapitanie, pozwól zapytać o coś — rzekł Gilbert. — Kiedyś pan wyszedł z Nowej Smyrny ze swoimi ludźmi?
— Przed tygodniem.
— I nie spotkaliście żadnej bandy południowców we wnętrzu hrabstwa?
— Żadnej, mój drogi Gilbercie — odpowiedział kapitan Howick — ale wiemy z dobrego źródła, że pewne oddziały milicyj schroniły się w Dolnej Florydzie.
— Kto jest przywódzcą tego oddziału? Czy go znacie?
— Bardzo dobrze; a nawet dodam, że jeśli zdołamy ująć jego osobę, to pan Burbank tego nie pożałuje.
— Co pan chcesz przez to powiedzieć? — zapytał żywo James kapitana Howicka.
— To chcę powiedzieć, że tym wodzem jest właśnie ów hiszpan, uniewinniony świeżo przez sąd wojenny, w mieście św. Augustyna, dla braku dowodów co do sprawy Camdless-Bayu...