Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 02.pdf/145

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ku. W samej rzeczy, Saint-John, zredukowany już do przejrzystej strugi, znikł pod kępą drzew chinowych, pijących jego wody u źródła. W dali gaj cyprysowy zasłaniał widnokrąg.
W tem miejscu ukazał się cmentarz murzynów ochrzczonych, którzy i po śmierci zostali wiernymi wierze katolickiej. Tu i owdzie, skromne krzyże kamienne lub drewniane, zatknięte na wzgórkach, oznaczały miejsce grobów pomiędzy drzewami. Dwa czy trzy groby napowietrzę, podpierane gałęziami, utkwionemi w ziemi, kołysały na wietrze jakiegoś trupa, który już był szkieletem.
— Istnienie cmentarza w tem miejscu mogłoby dowodzić bliskości jakiej wioski lub osady — zauważył Edward Carrol.
— Która zapewne już dziś nie istnieje — odpowiedział Gilbert — kiedy nie ma jej śladu na naszych mapach. Te znikania wsi są aż nazbyt częste w dolnej Florydzie, bądź, że ją opuścili mieszkańcy, bądź, że zostały spustoszone przez indjan.
— Gilbercie — rzekł James Burbank — jakże sobie radzić będziemy teraz, kiedy nie nadaje już nam kierunku Saint-John?
— Busola będzie naszą kierowniczką, mój ojcze — odpowiedział młody oficer — choćby las był jak najrozleglejszy i jaknajgęstszy, nie możemy zabłądzić!
— A więc w drogę, panie Gilbercie! — wykrzyknął Mars, który się nie mógł utrzymać na miejscu podczas tych przystanków. — W drogę i z Bogiem!