Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 02.pdf/131

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zawsze możnaby wylądować; a podróżując wodą, oszczędzało się dużo trudów i mitręgi.
Statek wpłynął więc na powierzchnię jeziora Jerzego, trzymając się wschodniego brzegu.
Dokoła jeziora, na tych płaskich gruntach, roślinność jest rzadsza, niż nad brzegami rzeki. Rozległe bagniska ciągną się, jak okiem sięgnąć. Niektóre przestrzenie ziemi, mniej wystawione na zalew wód, rozścielają kobierce z czarnych mchów, od których odbijają fioletowe cienie drobnych grzybów, rosnących tam miljardami. Należy stronić od tych ruchomych gruntów, trzęsawisk, na których noga nie może się oprzeć bezpiecznie.
Gdyby James Burbank i jego towarzysze musieli wędrować pieszo po tej części terytorjum Florydy, kosztowałoby ich to wiele wysiłków, mozołów, straconego czasu i w końcu wypadłoby się nawet może cofnąć. Tylko ptaki wodne, po większej części pletwonogi, mogą przebiegać bagna. Gdyby zbrakło żywności na statku, byłoby tu łatwo zaopatrzyć się w cyranki, kaczki, krzyki. Zresztą, chcąc polować na tych wybrzeżach, trzebaby stawić czoło całemu legionowi wężów bardzo niebezpiecznych, których ostry syk dawał się słyszeć na powierzchni kobierców zieleni i błota... Mówiąc nawiasem, gady te napotykają zaciętych nieprzyjaciół w gromadach białych pelikanów, należycie uzbrojonych do tej zabójczej wojny.
Statek posuwał się szybko. Ostry wiatr północny parł go w dobrym kierunku. Wskutek tego