Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 02.pdf/116

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Tak! — odpowiedział Mars — trzeba pospieszyć na pomoc. Trzeba się dowiedzieć, kto on jest... Wysiądźmy!
W jednej chwili wylądowali i, przymocowawszy czółno do wybrzeża, zagłębili się pod drzewa, okrywające wysepkę.
I tam także, na ścieżkach wydeptanych przez zarosłe znaleźli ślady życia. Widoczne były przy ostatnich blaskach dnia odbicia stóp ludzkich.
Od czasu do czasu, Mars i Gilbert zatrzymywali się, ażeby słuchać. Czy się odzywają jeszcze jęki? Tylko ten odgłos mógł im wskazać kierunek.
Obaj usłyszeli je znowu, tym razem bardzo blisko. Pomimo coraz głębszych ciemności, mieli nadzieję dotrzeć do miejsca, zkąd się odzywały.
Naraz rozległ się jeszcze bardziej rozdzierający krzyk. Wiedzieli już, w którą stronę pójść. Uszedłszy kilka kroków przez zarośla, Gilbert i Mars znaleźli się wobec człowieka, który konał, leżąc przy palisadzie. Biedak zalany był strugą krwi, w piersi tkwił mu nóż. Wydawał on ostatnie tchnienia: pozostawało mu tylko kilka chwil życia.
Gilbert i Mars pochylili się nad nim. Otworzył jeszcze oczy, ale nie mógł odpowiadać na ich pytania.
— Trzeba zobaczyć tego człowieka! — zawołał Gilbert. — Pochodnię!... gałęź zapaloną!
Mars już ułamał gałęź jednego ze smolnych drzew, w wielkiej liczbie rosnących na wysepce, za-