Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 02.pdf/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Jednakże, nie mogliśmy się pomylić, że tu są ślady uprawy — powiedział młody oficer. — Istoty ludzkie odwiedzają tę przystań. Może były tu niedawno? Może się jeszcze znajdują?...
— Zapewne — odparł Mars — ale póki widno, trzeba wracać do Saint-Johnu. Zaczyna zmierzchać, niedługo nastaną głębokie ciemności, a jakże się orjentować pośród tych przesmyków? Zdaje mi się, panie Gilbercie, że będzie roztropniej wycofać się ztąd, a jutro, o świcie, możemy tu znów rozpocząć poszukiwania. Wrócimy, jak zwykle, do Castle-House. Opowiemy, cośmy widzieli i zdecydujemy dokładniejsze zbadanie Czarnej Przystani w lepszych warunkach...
— Musimy to zrobić... Jednakże, zanim się oddalimy, chciałbym...
Gilbert pozostał nieruchomy. Rzuciwszy ostatnie spojrzenie pod drzewa, miał polecić odepchnięcie czółna, kiedy zatrzymał Marsa gestem.
Metys przestał zaraz manewrować i stojący, z uchem natężonem, słuchał.
Do uszu ich dochodził krzyk, a raczej rodzaj przeciągłego jęku, którego nie można było brać za zwykłe odgłosy leśne. Był to rozpaczliwy lament skarga ludzka, skarga, wywoływana dotkliwem cierpieniem. Rzekłbyś, że to ostatnie wołanie głosu, mającego zamilknąć na zawsze.
— Tam jest człowiek! — wykrzyknął Gilbert. — Prosi o pomoc!... Może umiera!