Strona:Juliusz Verne - Rozbitki.pdf/99

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Kaw-dier, słysząc te słowa Beauvala, porwał się z ławki, na której siedział.
— Precz! — krzyknął groźnie — precz z moich oczu!... Rozpoczynaj swoją władzę od czegoś pożytecznego, ale nie od rozboju i rabunku, słyszysz?...
Tyle było siły w głosie Kaw-diera, że Beauval cofnął się, zmieszany i przestraszony.
Zol, słysząc gniewny głos pana, zawarczał groźnie i gotów był rzucić się na Beauvala.
Precz! — zawołał jeszcze gniewniej Kawdier — wiedz pan, że ja porzuciłem wiele, bardzo wiele i przybyłem tutaj, na kraj świata, po to tylko, ażeby, jak ptak w powietrzu, być wolnym i niezależnym. Wolność jest największym skarbem dla mnie... I ty, panie Beeuval, chciałbyś mnie jej pozbawić?... Nigdy!... o, przenigdy!...
Beauval ostatnich słów Kaw-diera już nie słyszał, gdyż będąc z natury tchórzem, umknął pośpiesznie do Doricka, który czekał na niego wraz z innymi za rzeką.
— Nie uląkł się! — rzekł do swych zwolenników — będzie z nim trudna sprawa... Jeśli szalupę i broni nie chce oddać, tembardziej złota nam nie odda. A z pewnością nie należy do biedaków... Dzicy z pewnością naznosili mu srebrnej i złotej rudy co niemiara. Niedarmo się z nimi tak przyjaźni...