Strona:Juliusz Verne - Rozbitki.pdf/79

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Instynktownie ten i ów zwracał oczy na morze, gdzie stał przybyły okręt.
— Czyż rzeczywiście na tym statku nie będą się mogli pomieścić wszyscy wychodźcy?.. Czy rzeczywiście przybył po to tylko, aby im oznajmić, że najlepiejby było, gdyby pozostali na tej wyspie?
Odpowiedzi wypadały, że tak. Cóż robić w tym wypadku?...
Urzędnik rzeczypospolitej Chilijskiej, kapitan przybyłego do brzegów wyspy Hoste okrętu, czekał na odpowiedź.
Hartlepool i Rhodes mimowoli szukali wzrokiem Kaw-diera. On da dobrą radę, bez niego nikt nie będzie wiedział, co i jak odpowiedzieć i jak zadecydować.
Ale gdzież się podział ten dobroczyńca rozbitków?... Nigdzie na wybrzeżu, ani wśród tłumu nie było go widać. Może udał się do swego namiotu? Może nie chciał spotkać się z wysłańcem rządu chilijskiego?...
Hartlepool w milczeniu, lecz z niepokojem w sercu szukał wzrokiem tego niezwykłego człowieka, który wydał mu się w obecnem położeniu tak niezbędnym.
Rhodes szybko podążył na wzgórek, skąd widać było zwykle szalupę Kaw-diera, kołyszącą się na falach morskich.
Obecnie morze było puste, szalupa zniknęła.