Strona:Juliusz Verne - Rozbitki.pdf/56

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Teraz już nazawsze pożegnałem się z moim «Jonatanem» — mówił na drugi dzień po tym wypadku pan Hartlepool.
— To było do przewidzenia — rzekł Kaw-dier — wcześniej czy później czekał go tutaj ten los. Szkoda tylko tych nieopatrznych ludzi, którzy się na nim z taką ufnością schronili.
— Sami są winni temu, co się stało.
Po kilku dniach burza przeszła, ulewa ustała, widnokrąg się rozpogodził.
— Musimy teraz pomyśleć o przyszłości — rzekł Kaw-dier. — Najpierw trzeba będzie zwiedzić tę część wyspy, gdzie zmuszeni jesteśmy pozostać na czas dłuższy i przekonać się, czy jesteśmy tutaj bezpieczni.
Przedewszystkiem należało skorzystać z pogodnego czasu, który teraz nastał i udać się w głąb wyspy Hoste, aby ją zwiedzić i zapewnić się, czy wychodźcy mogą się tutaj osiedlić i zamieszkać.
Kaw-dier w towarzystwie Halga i p. Hartlepoola, Harrego i trzech innych wychodźców przygotował się do tej wycieczki, gdy nagle uwagę jego zwróciło dwóch małych chłopców, dzieci prawie jeszcze, trzymających się za ręce i nieśmiało zbiżających się do niego.
— Ekscelencjo! — zaczął jeden z nich, podnosząc swe jasne oczy na Kaw-diera.
Ten mimowolnie uśmiechnął się.
— A tobie skąd przyszło do głowy tytuło-