Strona:Juliusz Verne - Rozbitki.pdf/46

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


na nim w tę drogę i zabłąkałem się wśród tych wysp szatańskich... Nie Pan Bóg, lecz z pewnością zły duch rozrzucił je tu jak maku wśród oceanu na zgubę okrętów i żeglarzy!..
— Uspokuj się pan i dziękuj Bogu, żeś ocalił życie! — pocieszał go Kaw-dier.
W tej chwili z grupy stojących opodal rozbitków zbliżył się jeden do Kaw-diera.
— Panie — rzekł — pozwól sobie podziękować, gdyż twojej tylko energji zawdzięczamy, że śmierci uniknęliśmy. Dzięki wam i waszym dzielnym towarzyszom oglądamy to słońce, które wschodząc, nowe nadzieje budzi w naszych sercach
Mówiący był człowiekiem około pięćdziesiąt lat mieć mogącym, o powierzchowności sympatycznej. Widać było, że był to człowiek dobrze wychowany, należący do sfery lepszej, daleki od gburowatości i prostactwa.
Z wdzięcznością podał Kaw-dierowi rękę i jeszcze raz w gorących słowach dziękował mu za pomoc.
— Dziesiątki dziatek, dziesiątki kobiet winny ci dzisiejsze ocalenie!..
— Dziękuję Bogu, żem mógł to uczynić wraz z moimi towarzyszami — odparł Kaw-dier — w przeciwnym razie katastrofa byłaby tem okropniejszą...
— Pozwól więc pan, że ci się przedstawię