Strona:Juliusz Verne - Rozbitki.pdf/45

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wschód słońca zaróżowił z lekka niebo, burza przycichła; chmury znikały z widnokręgu. Okręt z olbrzymią siłą rzucony na skały, leżał nieruchomy z połamanemi masztami i strzaskanym sterem.
Słońce się podnosiło. Na pokładzie wszczął się ruch. Rozbitki uwijali się na wszystkie strony, pragnąc opuścić rozbity okręt. Wzburzona powierzchnia morza opadła, olbrzymie podobne do gór bałwany zniknęły, cofnęły się gdzieś w dal nieprzejrzaną. Między skałami, wśród których ugrzązł «Jonatan,» a wyspą Hoste ukazała się powierzchnia kamienistego lądu.
Przy pierwszych promieniach wschodzącego słońca, ujrzano z «Jonatana» nową dla siebie sytuacyę i możliwość osiągnięcia lądu. Co śmielsi z rozbitków przy pomocy Karra i Halga wnet opuścili statek i podążyli na ląd. Innych zabrała szalupa Kaw-diera.
W niespełna godzinę wszyscy znaleźli się na lądzie wyspy Hoste. Część natychmiast rozłożyła się szerokiem półkolem u południowego brzegu rzeki przerzynającej wyspę, część zaś udała się w głąb, szukając miejsca dogodniejszego.
Kilka osób tylko pozostało przy Kaw-dierze, który stojąc na pokładzie rozbitego statku, słuchał żalów wygłaszanych przez p. Hartlepoola.
— Trudno mi rzucać «Jonatana» — mówił. — Nieszczęsna godzina, w której wypłynąłem