Strona:Juliusz Verne - Rozbitki.pdf/43

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


już tonie, rzucili się, jak szaleni, w morze. Ci wszyscy zginęli, porwani przez bałwany wzburzonego morza.
Widząc to inni posłuchali głosu Kaw-diera, który ich nawoływał do pozostania na okręcie. Niebawem tłum wychodźców, złożony z mężczyzn, kobiet i dzieci, poddał się rozkazowi Kaw-diera i schronił się do wnętrza okrętu, zabezpieczając się w ten sposób przed wściekłością bałwanów morskich i istnego potopu, albowiem zaczęła się ulewa tak straszliwa, jakiej nikt w życiu nie widział.
W godzinę później burza wzmogła się jeszcze, nie było mowy o jakimkolwiek ratunku dla «Jonatana.» Wychodźcy pozostali przy życiu, znużeni i wyczerpani, zrezygnowani na wszystko, pozajmowali kajuty wewnątrz okrętu i nawpół przytomni, siedzieli, leżeli lub stali, oczekując rana. Dzieci drzemały na rękach matek.
Kaw-dier, Karro i Halg czuwali wszędzie, aby ten tłum zrozpaczonych nie naraził się na jakie nowe niebezpieczeństwo. Upłynęła jeszcze godzina, a wychodźcy, zapewnieni przez Kaw-diera, że na razie nie grozi im nic niebezpiecznego, uciszyli się i nieco się uspokoili. Pomiędzy nimi byli przedstawiciele wszystkich prawie narodowości: Niemcy, Hiszpanie, Francuzi, Włosi, Irlandczycy, Polacy, Szwedzi, a nawet Chińczycy i Japończycy. Więk-