Strona:Juliusz Verne - Rozbitki.pdf/37

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dawno głosów rozpaczy, to możnaby pomyśleć, że ten okręt bez żadnej załogi płynął po morzu.
Atoli im więcej zbliżali się do okrętu, tem wyraźniej znowu słyszeć się dały głosy wzywające pomocy i ratunku.
Wreszcie szalupa dotarła do skał, na których spoczywał rozbity okręt. Indjanin spostrzegł zwieszającą się linę, chwycił ją i w jednej chwili znajomi nasi znaleźli się na pokładzie statku.
Kaw-dier ujrzał wtedy tłum zbity podróżnych, w rozpaczy szukających dla siebie ratunku i wzywających pomocy.
Jakiś majtek zatrzymał się tuż przed Halgiem. Chłopiec pochwycił go i przyprowadził do Kaw-diera.
— Gdzie twój kapitan? — zapytał tenże, chwytając go za ramię.
Majtek, jak gdyby nie widział, że mówi do niego człowiek obcy, wzruszył ramionami i odrzekł:
— Nie wiem!
Widać było, że umysł tego człowieka, wstrząśnięty przebytemi niebezpieczeństwami, postradał równowagę.
Burza tymczasem przycichła, morze się nieco uspokoiło.
Na pokładzie okrętu tłum podróżnych tłoczył się i miotał bezładnie. Nikt nie usiłował