Strona:Juliusz Verne - Rozbitki.pdf/35

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wkróce doścignął go na jednym z wysokich szczytów.
— Gdzie nasz dobroczyńca? — zapytał z zaniepokojeniem w głosie.
— Zszedł ze skał na pomoc tonącym — rzekł Halg, którego wzrok przenikał ciemności nocy.
— Jakąż pomoc im dać można w taki czas burzliwy? — szepnął Karro.
W tej chwili zbliżył się do nich Kaw-dier.
— Halg! Karro! — zawołał — rozpalcie zaraz ogień!... Na tonącym okręcie wśród burzy nie domyślają się, że ląd mają tak blizko...
Obaj Indjanie wydobyli z za pasa swe krótkie toporki, z szybkością i wprawą nacięli gałęzi drzew i krzewów przyziemistych, ułożyli je wysoko w górę i podpalili. Tak szybko i wprawnie rozniecić ognisko umieją tylko dzicy synowie stepu. Niebawem słup ognia strzelił wysoko w górę ze szczytu skał przylądkowych.
Tonący okręt mógł teraz orjentować się, gdzie szukać ratunku. Czerwony słup ognia wskazywał mu, gdzie jest ląd.
Ale czy kapitan tego okrętu będzie mógł i będzie umiał skorzystać z pomocy, którą mu okazano?
Czy okręt już uległ całkowitemu rozbiciu?